Słyszymy dziś w Ewangelii przypowieść o siewcy. Na pewno wiele razy w życiu słyszeliśmy te słowa. Być może kilka razy zastanawialiśmy się nad tym obrazem i słowami, o które wypowiada Nasz Zbawiciel.

Ów Siewca z przypowieści to Bóg, jakże hojny w swojej miłości i miłosierdziu, że może się wydawać aż rozrzutny. Rozrzutny rolnik, ponieważ sieje ziarna na takie miejsca, które przecież skazują ziarno na porażkę. Zderza się w tym miejscu nasza logika z logiką Boga, który jawi się rozrzutny w miłości. Największym znakiem hojności Boga jest to, że posłał na świat swojego Syna. Jezus – Słowo Wcielone jest Bożym ziarnem, które pada na każdy grunt, czyli serce każdego człowieka.

Cztery rodzaje podłoża, na które pada Boże ziarno, to obraz różnych postaw człowieka wobec Boga. Wiara rodzi się ze słuchania i przyjęcia słowa Bożego. Lecz aby wiara mogła wzrastać, słowo Boże potrzebuje odpowiedniej gleby do wzrostu.

Droga to obraz człowieka, który słucha słowa, lecz go nie chce go przyjąć, dlatego nie rozumie go. To człowiek całkowicie zamknięty na Chrystusa! Większość ludzkości na świecie słyszała o Chrystusie, ale nic z tego nie wynikło. To ziarno Dobrej Nowiny nie zdążyło wykiełkować! Zabrakło osobistego przyjęcia Pana Jezusa jako Zbawiciela. Zabrakło osobistych chęci zrozumienia Jego przesłania. Niestety, wielu ludzi ufa fałszywym prorokom albo ideologiom, temu, co mówią ci, którzy nienawidzą Chrystusa i Kościoła. Słowo Boże nie ma szans, aby wykiełkować w sercu przesiąkniętym trucizną kłamstwa i nienawiści do Boga i Kościoła. Zły duch porywa to ewangeliczne słowo i człowiek w tragiczny sposób pozostaje zamknięty na zbawienie. To jest chyba najsmutniejszy obraz z dzisiejszej ewangelii.

Grunt skalisty obrazuje człowieka, który z zachwytem i entuzjazmem przyjmuje Jezusa. Zaczyna żyć wiarą. Ona nawet wypuszcza pierwszy kiełek, lecz na tym koniec. Wszystko opiera się na emocjach, na uczuciach, a te, jak wiemy nie są trwałe. Gdy więc opadną emocje pierwszego zachwytu, wraca taki do dawnego stylu życia. Zniechęca się i poddaje, bo sobie myślał, że będzie niańczony przez Boga, który jak dobra wróżka będzie spełniać zachcianki. To obraz tych ludzi, którzy myślą o wierze przede wszystkim w kategoriach sukcesu i wszelkiej pomyślności. W momencie odkrycia Krzyża porzucają Chrystusa i Jego Kościół. Są Kościołem rozczarowani, rozczarowani księżmi, hierarchią. Szukali idealnej wspólnoty i nie znaleźli, a nie znaleźli, bo zbudowali sobie utopię w wyobrażeniu o Kościele i o Bogu. Bo wykreślili z Ewangelii Judasza, wykreślili Krzyż, wykreślili to, co Pan Jezus mówi o prześladowaniu uczniów i o wymaganiach Królestwa Bożego. Może wykreślili lub między bajki włożyli prawdę o złym duchu czyli diable, o piekle, a do grubej przenośni włożyli to, co Nasz Pan mówi o tym, że „kto chce zachować życie straci je…”
Wiara – jak wiele innych wartości w naszym życiu jest wielkim trudem – wymaga stałości, wytrwałości i cierpliwości. Jej wartość wzrasta głównie wtedy, gdy pojawiają się trudności i przeciwności, gdy trzeba cierpieć dla Chrystusa i zostać przy Nim pod Krzyżem, gdy większość dookoła szydzi…

Grunt ciernisty to z kolei obraz człowieka wierzącego, może nawet zaangażowanego w relację z Bogiem. Tu Słowo nie tylko wykiełkowało, ale już trochę urosło, może pojawił się kłos, ale jeszcze nie ma w nim ziarna… To ktoś, kto nawet pragnie wzrastać w wierze i na początku stara się, nie uważając się tyko za okazjonalnego katolika. Jednak pojawiają się ciernie, a oznaczają one uwikłanie w troski doczesności. Sprawom doczesnym zaczyna się podporządkowywanie spraw Bożych. Zaczyna więc brakować coraz bardziej przestrzeni dla Pana Boga. To jest cały proces, nic tutaj nie dzieje się od razu. Chodzi owszem o jakieś dobro, tyle tylko, że doczesne. Lecz tych doczesnych rzeczy, choć samych w sobie dobrych, zaczyna być tak wiele, że nie ma czasu na dobra duchowe. To dotyczy wielu z nas, którzy mamy wiele rzeczy dobrych naokoło siebie, ale często są one zbyteczne, niepotrzebne. Mamy dziś wiele takich pochłaniaczy czy zjadaczy czasu. Zaczyna nam brakować go dla Boga i bliskich osób… A im mniej miejsca dla Boga, tym więcej złych rzeczy zaczyna się pojawiać. Człowiek staje się coraz bardziej letni. Próbuje pogodzić swoje złe życie z Ewangelią, chce ją nagiąć do siebie i swoich złych przyzwyczajeń, jednak z czasem próbuje ją nawet nagiąć do życia w grzechu. To się dzieje stopniowo, od małych rzeczy przechodzi się do coraz większych. Człowiek nie znajduje już usprawiedliwienia w Słowie Bożym, zaczyna więc usprawiedliwiać się gorszym jeszcze łajdactwem innych. To może nawet długo trwać, ale finałem tego jest niewiara… Na ciernistym gruncie nic nie dzieje się od razu i to jest największym niebezpieczeństwem.
Wiara, aby była żywa, potrzebuje dokonywania przez nas codziennych, dobrych lecz czasem trudnych wyborów. Nie możemy mieć jednocześnie wszystkiego. Jest to zawsze wybór między wartościami ewangelicznymi a duchem tego świata. 

Grunt żyzny to wreszcie obraz człowieka, który całym sobą przyjmuje Boga. Słowo Boże wyrosło i w kłosie jest owoc ziarna. Tak wzrasta Słowo na dobrej ziemi, dobrym gruncie, w wielkiej cierpliwości i stałości. To entuzjazm wiary, który nie jest obliczony tylko na tu i teraz. Ta wiara połączona jest z cnotą długomyślności. Horyzont takiej wiary jest podniesiony bardzo wysoko, choć nogi tak wierzącego człowieka twardo stoją na ziemi. Człowiek takiej wiary, za św. Pawłem może powiedzieć: „umiem obfitować, umiem i cierpieć biedę”. Krzyż jest zwycięstwem, a nie porażką i jest błogosławioną codziennością. „Pan stanął przy mnie i wzmocnił mię…” (2 Tm 4, 17)”. Człowiek takiej wiary to ktoś, kto na serio wziął słowa Pana Jezusa: „Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” (Mt 7, 13-14)

To ktoś, kto walczy ze swoimi namiętnościami mając Boga zawsze przed oczyma. To jest ktoś, kto każdego dnia walczy o czas dla Boga. Tak, to jest wewnętrzna walka rozgrywająca się poza oczami świata i jest ona najważniejsza.  Taki człowiek dzięki temu wzrasta, wie, że nie własnymi siłami. Jest w tym dojrzała świadomość swojej słabości i grzeszności. Z tego też wynika, że dla człowieka takiej wiary Miłosierdzie Boże nie jest pogłaskaniem dla grzechów, jakąś bezbarwną akceptacją złego sposobu życia, poklepaniem po plecach, ale wezwaniem, pragnieniem i owocem stałego nawracania się, korzystania z sakramentu pokuty. A to dlatego, aby żyć Bożą pełnią, żyć Chrystusem Eucharystycznym nie od wielkiego święta, ale jak najczęściej przyjmować Pokarm na życie wieczne. Tylko wtedy człowiek jest w stanie przynosić obfite owoce wiary, owoce Ducha Świętego: radość, pokój, miłość, przebaczenie, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (zob. Gal 5, 22).

Wobec Ziarna Słowa Bożego można być zabetonowaną drogą, na której nic Bożego nie urośnie. Można być skałą, od czasu do czasu podlegającą łzom wzruszenia, gdzie czasem coś na krótko zakiełkuje. Można też być pełnym tolerancji zachwaszczonym ugorem, na którym rośnie wszystko, lecz bez żadnego pożytku. Można jednak być żyzną rolą, na której jedni wydają plon trzydziestokrotny, inni sześćdziesięciokrotny i są święci, którzy na chwałę Bożą przynoszą plon stokrotny…

Jaką glebą jestem? Co powinienem zrobić, aby być urodzajną glebą. Jak obfite plony życia wiarą przynoszę? To są ważne pytania, którymi trzeba przeorać swoje serce, choćby miało to być nawet bolesne czy zawstydzające dzisiaj.

 

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *