“Aniołowie współczesnego kina”, artykuł ukazał się w 33 numerze Egzorcysta

Twórcy kina przeważnie albo w ogóle podważają istnienie aniołów, albo ukazują je jako istoty science fiction, niemające nic wspólnego z ich biblijnym pierwowzorem.

Wedle fabuły amerykańskiego serialu telewizyjnego „Dominion”  (2014  r.)  na  świecie  panuje  zupełny  chaos. Bóg postanowił zniknąć, a winą za taki stan rzeczy aniołowie obarczają ludzi. W ramach zemsty sami zdecydowali dokonać ich zniszczenia.
Mordercy z czarnymi skrzydłami Aniołowie ukazani są w tym obrazie jako najwięksi wrogowie  ludzkości.  To  okrutne  stworzenia  z  czarnymi źrenicami, twarzami wykrzywionymi od nienawiści, kłami wilkołaków i wampirów. Aniołowie z „Dominiona” mają wielkie, ciemne skrzydła, które służą im jako tarcze,  osłaniające  ich  przed  pociskami  lub  ostrzem miecza wroga. Pozwalają im także znikać w dowolnym  momencie.  Te  nadprzyrodzone istoty mają jeden cel – zabić człowieka. Wyjątek w tym gronie stanowi archanioł Michael, który zdecydował się stanąć w obronie ludzkiego  gatunku.  Lecz  i  jemu daleko  do  jego  biblijnego pierwowzoru.  Filmowy Michael,  oprócz  imponujących  czarnych  skrzydeł  i  tego  samego  koloru  źrenic,  zaopatrzony jest  w  komplet  bagnetów za pasem, których nie waha się użyć, gdy podcina komuś gardło… Nie bez znaczenia jest też jego pociąg seksualny do kobiet.

„Dominion” podoba się widzom: wartka akcja, przerażające sceny walki, dużo krwi, umięśnione męskie sylwetki, zmysłowe kobiety oraz niosące zagładę ludzkości skrzydlate monstra. Filmowi aniołowie w żaden jednak sposób nie przypominają istot duchowych, mających stanowić wsparcie dla człowieka oraz jego ochronę. Udaje im się za to napełniać lękiem widzów. Stają się symbolem totalnego niebezpieczeństwa, zła, przemocy, nienawiści do  człowieka.  Nawet  ten  jeden  wyjątek,  Michael,  choć broni ludzi przed skrzydlatymi napastnikami, odznacza się słabością moralno-obyczajową.
„Dominion”  to  serial  science  fiction,  co  uzasadnia fantazje jego twórców. Ale czy są oni świadomi konsekwencji, jakie niesie ze sobą taki sposób ukazywania aniołów, zwłaszcza młodym widzom?

Naiwne, śmieszne grubasy

Aniołowie w filmach ukazywani są również w sposób zabawny, o czym można się przekonać, oglądając polską komedię z 2002 r. „Anioł w Krakowie”, w reżyserii Artura Więcka. Boży posłaniec o imieniu Giordano przez przypadek – zamiast do Holland – trafia do Poland, i to w okolice Krakowa. Giordano ma duży brzuch oraz  kilkudniowy  zarost,  jest  troszkę  niezdarny i dziecinny. To anioł lekkoduch, który w niebie słucha rock and rolla i kontaktuje się z ludźmi w czyśćcu. Zostaje za to zesłany na ziemię. W ramach „resocjalizacji”  musi  wykonywać jeden  dobry  uczynek  dziennie.  Jak  na  anioła  przystało,  wykonuje  szereg  pozytywnych  zadań:  pomaga  uratować  rozpadające się małżeństwo, opiekuje  się  chłopcem,  który stracił matkę, a w rozmowach  z  ludźmi  przypomina im o Bogu.
Przygody i zachowanie Giordana stwarzają widzowi sposobność do śmiechu i odprężenia. To anioł, którego lubimy i któremu kibicujemy. Jednak także i ten przekaz filmowy  sugeruje,  że  aniołowie  mogą  dopuszczać  się złych czynów, co zdecydowanie zaprzecza biblijnej idei nieskazitelnych posłańców Bożych. Na podstawie tego obrazu odbiorca może dojść do dalszych, mylnych wniosków, np. że aniołowie czasem czynią dobrze, a czasem źle i że jest to ich normalne zachowanie. Humorystyczny sposób pokazania aniołów powoduje, że ludzie przestają odbierać je z należną im powagą.

Zakochani marzyciele

Kultowy film o aniołach to „Miasto aniołów”, melodramat z 1998 r., w reżyserii Brada Silberlinga. Głównymi bohaterami są tu anioł Seth oraz piękna lekarka Maggie Rice. Seth na pierwszy rzut oka nie przypomina anioła. Ma posturę rosłego mężczyzny, nosi długi,  czarny  płaszcz,  a  o  romantycznym  usposobieniu świadczy jego tajemnicze spojrzenie. Maggie to z kolei energiczna, wrażliwa blondynka, która rozpacza po śmierci swojego pacjenta. Jej zachowanie zwraca uwagę będącego w tym czasie w szpitalu anioła, który od tej pory nie przestaje obserwować urokliwej kobiety.  Jak  na  melodramat  przystało,  Seth zakochuje się w Maggie, stara się być coraz bliżej niej, a ona w pewien sposób wyczuwa jego obecność. Zakochany anioł po rozmowie z mężczyzną, który niegdyś również był tego typu istotą, ale z powodu miłości do kobiety odwołał się do swojej wolnej woli i zamienił się w człowieka, czyni podobnie. Akt upadku z wieżowca przeistacza go w istotę ludzką. Zakrwawiony, obolały, obdarty i ostatecznie samotny po śmierci Maggie, zdradza swojemu koledze: Wolałbym tylko raz powąchać jej włosy, pocałować usta, dotknąć dłoni, niż zaznać wieczności bez tego. Tylko raz. „Miasto  aniołów”  można  traktować  jako  film  o  potrzebnie bliskości. I wydaje się, że najlepiej pozostać na tym poziomie interpretacji, bo jeśli chodzi o perspektywę teologiczną, obraz zawiera szereg wypaczeń. Wykorzystując  argument  posiadania  wolnej  woli  przez aniołów, reżyser kreuje wizerunek Setha na istotę mogącą zamienić się w człowieka.
Aniołowie,  jak  wierzymy,  zanoszą  nasze  modlitwy przed  oblicze  Boga,  a  najwyższe  ich  chóry  oglądają Jego oblicze. Dla twórców melodramatu jest to jednak błahostką w porównaniu z doznaniami cielesnymi i zakochaniem.

Posłańcy niosący pocieszenie i nadzieję

Nie każdy film ukazuje anioła jako agresora, romantyka czy drania. Przykład obrazu kinowego, w którym anioł w dużym stopniu przypomina swój biblijny pierwowzór, stanowi „Jestem Gabriel” z 2012 r., w reżyserii Mike’a Norrisa. Cała historia rozgrywa się w amerykańskim stanie Teksas, w miasteczku Promise, w którym od wielu lat panuje klęska nieurodzaju i suszy, a mieszkańcy  coraz  liczniej  wyjeżdżają  za  chlebem. Pewnego dnia do miejscowości przybywa chłopiec. Nie wiadomo, skąd pochodzi, jak się nazywa ani gdzie są jego rodzice. Młody przybysz, ubrany w białe szaty, posiada jedynie matę do klęczenia,  przerzuconą  przez  ramię.  Dziecięca fizjonomia Gabriela kontrastuje z wypowiadanymi przez niego słowami. Wędrowiec podniosłym i spokojnym tonem rozmawia z napotkanymi ludźmi, poucza ich, jak ważny jest osobisty kontakt z Bogiem oraz szczera modlitwa. Chłopiec daje też świadectwo swojej nadprzyrodzonej  misji.  Dokonuje  cudów.  Niewidomej dziewczynce przywraca wzrok, osobę umierającą wskrzesza, ofierze wypadku samochodowego  uzdrawia  złamany  kręgosłup.  Finalnie ujawnia się jako anioł – z dostojeństwem swoich białych skrzydeł. Mieszkańcy, którzy uwierzyli w świadectwo Gabriela, powracają do życia i zdrowia duchowego, miasteczko rozkwita, pola przynoszą plon, rodzą się dzieci, a ludzie nie wstydzą się klękać do modlitwy, każdy na swojej macie.
Film  „Jestem  Gabriel”  jako  jeden  z  nielicznych  nie oszpeca  wizerunku  anioła,  nie  kreuje  jego  fałszywego obrazu, lecz rzetelnie ukazuje prawdziwe funkcje przypisywane  aniołom.  I  choć  dzieło  Norrisa  raczej nie jest kandydatem do Oscara, pozostawia w pamięci wizerunek anioła najbardziej zgodny z Pismem Świętym – jako istoty, która prowadzi nas do Boga.  

autor artykułu: Monika Dobrogowska –  doktorantka w Instytucie Socjologii na Wydziale Nauk Społecznych KUL, filolog angielski

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *