Różne są historie ludzi powołanych: są tacy, którzy jakby z mlekiem matki wyssali miłość do Boga – dosłownie i w przenośni – i nie wyobrażają sobie życia bez Niego. Inni obudzili się z duchowej martwoty na skutek cierpienia lub głębokiego przeżycia. Bywa jednak, że niejednego poruszyło czyjeś świadectwo. Jedna z sióstr zakonnych opowiada o takim zdarzeniu:
„Nigdy nie myślałam o życiu zakonnym, chociaż szanowałam taki wybór, kiedy widziałam czasem zakonnice. Mówiłam jednak sobie w duchu: to nie dla mnie. Raz nawet, mijając siostrę zakonną, powiedziałam do koleżanki: «Nigdy nie chciałabym być zakonnicą». Myślałam o małżeństwie i rodzinie, o wielkiej miłości…
Kiedyś do parafii przyjechali zakonnicy, by głosić misje święte. Słuchałam ich nauk i urzekał mnie ich zapał apostolski oraz pokój i radość ze służby Bożej. Na nauce stanowej dla młodzieży jeden z nich powiedział, że „jest też inne życie, piękne i oddane Bogu — życie zakonne”. To nie były nawet słowa zaproszenia, ale tak mną to wstrząsnęło, że zrozumiałam, że to jedyna droga, która może mnie uszczęśliwić. Postanowiłam wstąpić do zakonu, co zaskoczyło moich rodziców i otoczenie…
Dziś tego życia w zażyłości z Bogiem nie zmieniłabym za żadne skarby świata. Opuszczając niewiele, zyskałam wszystko. Proszę pokornie Pana mego życia, by to moje przekonanie nigdy nie osłabło”.

„Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”
Piotr po cudownym rozmnożeniu ryb poczuł się niegodny swego Mistrza. Jezus jednak go przygarnął i to pozwoliło mu podążyć za Mistrzem. Nawrócony Paweł natomiast nazwał siebie poronionym płodem, niegodnym apostolstwa. Ale i on, pociągnięty Bożą miłością i miłosierdziem, odpowiedział na powołanie. Każde powołanie nosi w sobie ukryte mistyczne spotkanie z Panem Jezusem. Bywa czasem, jak u św. Piotra czy u św. Pawła, że w ów dzień człowiek jest bardzo daleko od stanu łaski uświęcającej i bywa przykuty, zniewolony jakimś grzechem. Chciałoby się wtedy za Piotrem z dzisiejszej ewangelii powiedzieć: odejdź ode mnie Panie…
Może i w naszym życiu doświadczyliśmy jakiegoś zahamowania z powodu zniewolenia czy poczucia winy. Może czuliśmy się wtedy nieswojo, wewnętrznie zablokowani, brak nam było zapału. Dopiero przyznanie się przed sobą i wyznanie win przed Bogiem i przed bliźnim przywróciło radość. Dopiero oddanie Panu Jezusowi grzechów i zniewoleń uwolniło nas od lęku…

„Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”
Bo jak się ma Boga w sercu, to czego się lękać?
Może warto przypomnieć i uświadomić sobie, jakie uczucia towarzyszą naszej duszy po dobrze przeżytej mszy św., po nocnym czuwaniu modlitewnym, przy powrocie z pielgrzymki. Może nie jeden z nas doświadczył rekolekcji zamkniętych… Ile w nas jest wtedy pokoju, jakże inni wydają się być dla nas życzliwi. Wszelki lęk znika, bo jestem z Moim Panem… To jest przemiana serca, która ma w sobie entuzjazm wiary, jak kiedyś u Apostołów, którzy zostawili wszystko i poszli za Jezusem.
Pan Jezus, widząc nasze kochające serce, nie pamięta nam grzechów, bo prawdziwa miłość wybacza. Nasza grzeszność nie jest przeszkodą dla Jezusa. Przeszkodą jest brak wiary w Jego moc. Ufajmy i oczyszczajmy się, a wtedy w naturalny, zwyczajny sposób będziemy świadczyć, że Bóg jest miłością. Tak czynili zawsze ludzie kochający Boga: prorocy, apostołowie, święci wyznawcy.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *